wtorek, 4 czerwca 2013

szczęście w bezbolesności

    W styczniu a dokładnie 11.01.2013 zmieniło się moje życie. Jak przy wszystkich zmianach nie spodziewałem się jej w najmniejszym stopniu. Jedna chwila...... jedna sekunda i nic już nie było takie samo. Wiele razy próbuje znajdować plusy w tym co się stało, aczkolwiek niekiedy graniczy to z niemożliwością. Niekiedy wracam myślami do tego dnia i mimo, że minęło niemalże pół roku wszystko jest tak żywe i pełne towarzyszących wtedy mi uczuć, że przeżywam to codziennie na nowo. 11.01.2013 wstaje o godzinie jedenastej i czuje niepokój tak potężny że wręcz paraliżujący. Wiele razy tak miałem, więc najzwyczajniej w świecie to olałem, albowiem uznałem, że nie warto zagłębiać się w coś co nie ma żadnej najmniejszej przyczyny. Kąpiel, śniadanie, czyszczenie auta niby wszystko to samo co robię przed wyjazdem do Wrocławia z rodzinnego domu, ale to przeczucie, że wszystko co robię doprowadza do katastrofy. Cóż czym się przejmować przecież czyszczenie auta ani żadna z pozostałych czynności jakie wykonywałem nie może mi w najmniejszym stopniu zaszkodzić. Wszystko gotowe ruszam w drogę!!! Jest właśnie godzina 14.00. Jak zawsze zanim wyruszę we właściwą drogę wstępuje do mojej mamy, która pracuje w sklepie aby się pożegnać.
- Cześć synku może kawy przed drogą???
-Chętnie- odpowiedziałem zapatrzony w jeden punkt i pielęgnujący w sobie doznane wcześniej przeczucie
-Coś Ty taki nieobecny. Stało się coś??
- Nie mamo nic się nie stało...... Po prostu bardzo nie chce mi się wracać do Wrocławia
     Mama nic nie odpowiedziała tylko zamyśliła się głęboko. Ok czas na właściwą trasę, czas ruszać!! Jest godzina 15.00. Było bardzo zimno. Pogoda nie sprzyjała podobnym podróżom. Mżawka marznąca na ziemi tworzyła coś na rodzaj lustra na jezdni.
- Dam radę nie takie warunki na drodze już miałem i zawsze docierałem do celu- pomyślałem.
   Większość drogi pokonałem bez przeszkód. Pusta droga nikt się nie wypuszczał na taką pogodę. Zatrzymałem się na stacji benzynowej gdzieś na wysokości ostrowa Wielkopolskiego, żeby napić się kaw..... Znów to cholerne przeczucie. Zaraz coś się stanie......
- Ale co może mi się stać tyle drogi mam już za sobą. Został mi już ostatni półmetek. Mam nadzieje, że do wieczora to minie. Musze się wyspać jutro ciężki dzień na uczelni.
Godzina 18.20. Jestem już na obwodnicy Wrocławia. Telefon.
- Siemano
-Siema co tam?
- Jesteś już we Wrocku?
-No zaraz będę zjeżdżać z obwodnicy..
-Ty przyjechał byś po mnie do pracy bo na dworze piździ niemiłosiernie. Zanim dojedzie ten autobus to zamarznę
- Ok spoko to skoczymy na jakiegoś śmierdziela ( Mcdonald) bo strasznie głodny jestem
- No to czekam
- Ok do zobaczyska
Godzina 18.35 wjeżdżam na ulicę Długą. Pierwsze co zauważyłem, że auta jadą z 30 km/h i nie mogą utrzymać się na drodze.... sam miałem nie małe trudności.
-Ale dzisiaj będzie wypadków- ,pomyślałem
I wtedy to się stało. Spojrzałem w bok i dostrzegłem auto, które leciało bokiem prosto na mnie. Szybka kalkulacja. Nie zjade na bok bo krawężnik jest za wysoki. Nie zahamuję ostro bo  wtedy auto za mną nie wyrobi się i jeszcze mnie dobije. jedyna moja szansa to przyśpieszyć Szybciej szybciej!!! Koła obracają się w miejscu..... odjechałem może z pół metra do przodu. Ka-boom..... uderzył we mnie tak mocno, że moja głowa niemalże znalazła się na siedzeniu pasażera. Ka-boom.... Drugie uderzenie było o krawężnik. Wtedy z pozycji przy siedzeniu pasażera rzuciło mnie w drugą stronę i uderzyłem potężnie głową w szybę. Auto sprawcy obróciło się o 180 stopni i auto, które chciałem ratować unikając gwałtownego hamowania stało już roztrzaskane przez uderzenie czołowe.  Ciemno przed oczami.
-Musze wysiąść z tego auta.... jak najszybciej muszę wysiąść!!!!
Wysiadam i pierwsze co to wywracam się na śliskiej nawierzchni. Oszołomiony cały czas nie docierało do mnie co się stało. Dlaczego tu leże??? Dlaczego leżę na pierdolonej ulicy?? Jest tak zimna..... Tak bardzo zimna. Dlaczego widzę świat jakby wirował?? Dlaczego on tak kurewsko wiruje. Ktoś do mnie podbiega coś krzyczy, ale dla mnie to tylko plątanina dźwięków.
-Nie nie nic mi nie jest- odpowiadam z automatu. Patrze na auto za mną, którym przed chwilą jechałem.... Roztrzaskany cały bok, koła skrzywione jakby miały koślawość.
- Kurwa dlaczego? To mi jest wcale nie potrzebne... Nie chce tego!!! Tak bardzo tego nie chce.... -Taki dialog co chwila pojawiał mi się w głowie
Z auta za mną  wyczołgała się kobieta. Płakała, krzyczała i wymiotowała na zmianę.
- Wezwał ktoś policję?? karetkę?? - słyszę dźwięki wydobywające się z moich ust. Mój umysł pracował normalnie i jednocześnie nie mógł ogarnąć całej sytuacji.
- Tak już zadzwoniliśmy. Zaraz powinni być- słyszę w odpowiedzi.
- To dobrze to bardzo dobrze.... - Nie potrafiłem wyrzucić z siebie nic więcej
Mariusz dzwoni do mnie 10 raz.
-Halo??
- Gdzie Ty jesteś zamarzam!!
-Mario jestem na Długiej chyba miałem wypadek. Przyjedź tu błagam. Nie wiem co robić.....
- Dobra czekaj tam zaraz będę
-Nigdzie się stąd nie ruszę choćbym chciał.....
-Zaraz będę
Przyjeżdża karetka.
-Nic panu nie jest ?? głowa pana nie boli? nie ma pan zawrotów? nie ma pan mdłości??
-Nie nie nic mi nie jest. Trochę źle się czuje, ale kto by się nie czuł po czymś takim??
-Dobrze jakby się panu coś działo to proszę się zgłosić do najbliższego szpitala lub placówki zdrowotnej
- Zaręczam, że się zgłoszę jeśli coś będzie nie tak.
Widzę Mariusza zmierzającego w moją stronę
-Ja pierdole misiek Ty to się zawsze w coś wpierdolisz!!
-Wcale mnie nie pocieszasz w tym momencie
-Ale swoją drogą dostaniesz ładne odszkodowanie za to- powiedział przyglądając się mojemu autu.
- Taaaa zajebiście- odrzekłem zrezygnowany
Policja przyjechała po 4 godzinach. Podobno byliśmy ostatnią kategorią wypadku bo nie było ofiar śmiertelnych.... Po prostu super..... Laweta dom. Godzina 02.00. Kłade się do łóżka. Chciałem już tylko się położyć i zasnąć. Mój żołądek nagle zaczął wyrzucać z siebie wszystko co tylko miał. Ból szyii zaczynał się robić nie do zniesienia.... Płakałem i modliłem się żeby to się już skończyło
-Nie chce tego cholernego bólu!!! Nie chce!!!- jednak jak to ból..... nie posłuchał.
07.00 następnego dnia .Idę na uczelnie może tam skupie się na czymś innym i zapomnę o tym pierdolonym bólu.Wchodzę na uczelnie. Pierwsze co zrobiłem to zwymiotowałem w toalecie. Mój rok patrzy na mnie podejrzliwie.
-uuuuu co ostry piątek był???/
-miałem wypadek- wybąkałem z siebie powstrzymując się od mdłości....
- Co?? jaki wypadek??
-odwieście mnie do szpitala ..... błagam....
Nie zastanawiali się długo chwila moment znalazłem się w szpitalu. Wyrok brzmiał : Skręcenie i naderwanie szyi. Potem okazało się że na każdym odcinku odcinka szyjnego są wypukliny, które uciskają na nerwy i naczynia krwionośne. Operacja jednak nie wchodziła w grę, a jedynie rehabilitacja. Dziś jestem przed 5 rehabilitacją z rzędu bez wyraźnej poprawy. Ból jest nie do wytrzymania. Jeszcze bardziej boli ułomność i brak możliwości aktywności fizycznej, połączonej z przybieraniem masy ciała. Czasami brzydzę się sobą. Ciężko powstrzymać się od wylewania łez i udawania że jest normalnie, kiedy nie śpi się spokojnie od pół roku i patrzy jak znajomi się odsuwają bo nie mogę robić to co oni. Ciężko zrozumieć dlaczego, kiedy tylko brak bólu daje mi jakąkolwiek nadzieje on wraca ze strojoną siłą.. Trudno zrozumieć dlaczego nikt nie potrafi mi powiedzieć czy to kiedykolwiek się skończy. Trudno żyć z niepewnością i ciągłym bólem przez niemalże pół roku. Najtrudniej jest patrzeć na minę ludzi kiedy chcę znów to opowiedzieć jak mi źle, a oni patrzą się i słuchają z przymusu z miną jakby oglądali 10 raz ten sam film.
-,,Życie polega na doświadczaniu" .powiedział ktoś mądry, lecz jeśli na tym polega jak znaleźć w tym jakikolwiek sens?? Czy stanę się przez to silniejszy?? mądrzejszy?? poważniejszy? Tak ciężko odnaleźć tu plusy i powstrzymać się od narzekania. Jednak odnajduje w tym nowe pojęcie szczęścia.... Szczęście to dla mnie po prostu brak bólu tak i odczuwanego jak i zadawanego......

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz